piątek, 18 listopada 2011

Aktorka? Tylko naga

Gdybym mogła wystosować skuteczną prośbę do polskiego teatru, życzyłabym sobie jednego: by przestał wreszcie bronić "sprawy kobiecej". Nie ma bowiem bardziej ohydnych i brutalnych spektakli niż te robione w trosce o cześć niewieścią. Próby pokazania bohaterek jako ofiar kończą się z reguły utrwaleniem obrazu kobiety zeszmaconej. Powtórzeniem poniżenia, a nie jego krytyką. Sceny gwałtów, które jeszcze kilka lat temu szokowały i przynosiły otrzeźwienie, powszednieją i zmieniają się w estetyczny dodatek.

''Idiota'' Grzegorza Brala w Teatrze Studio
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
''Idiota'' Grzegorza Brala w Teatrze Studio
Natalia Kalita w spektaklu Teatru Starego
Fot. Mateusz Skwarczek / AG
Natalia Kalita w spektaklu Teatru Starego
Przy okazji często na linii twórca - aktorki dochodzi do takich napięć, które jednoznacznie pokazują hipokryzję artystów feministów przejętych krzywdą doznawaną przez koleżanki z teatru ze strony patriarchalizmu, maczyzmu, katolicyzmu, sarmatyzmu, islamu, rocka, Facebooka, aptekarzy czy Trybunału w Strasburgu.

Kobieta, która chce być zbrukana

Ostatnie wydarzenia na warszawskich scenach potwierdzają to w sposób dobitny. Castingi do projektu "Idiota" Grzegorza Brala w Teatrze Studio trwały długo. Reżyser miesiącami pracował potem z młodymi artystami, stosując eksperymentalne metody laboratoryjne (jak wyjaśniał w opisach: "zstępowanie w otchłań psychologicznych, filozoficznych i religijnych znaczeń", "podporządkowane niejako rygorowi formy, partyturze działań fizycznych, dźwięków, rytmów"). Adaptację powieści zbudował wokół ciała zamordowanej Nastazji Filipownej (Olga Paszkowska). Odsłania stopniowo, co doprowadziło to unicestwienia dziewczyny. Zapełnia scenę lunatykami, mistykami, "mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet". Aktorkom powierza role świętych dziwek lub panien uroczo krzywdzonych. Zespół wykonuje sztuczki ogniowe, kroczy boso po wodzie. Powstałe widowisko jest jednak przede wszystkim wodewilem, w którym główną atrakcją są sceny histerii i upodlenia bohaterek. Usmarowana czerwoną farbą Agłaja (Marta Dobecka) miota się nago po zalanej wodą podłodze. Nastazja kusi, narzuca się, wiesza na mężczyznach, żąda śmierci. Spektakl staje się opowieścią o wmontowanym w kobiecą naturę masochizmie i potrzebie zbrukania. Wszelka przemoc wobec nich zostaje oświetlona i uatrakcyjniona mozaiką archetypicznych motywów. "Sama się prosiła" czy "bo z nimi nie można inaczej" też brzmiałoby w tej konwencji przekonująco i wzniośle.

Kwestia piersi

O ile w przypadku "Idioty" można jeszcze dyskutować o "szlachetnych intencjach", o tyle sprawa "Bohaterek" w Teatrze na Woli budzi już mniej wątpliwości. Reżyserowany przez Ewelinę Marciniak spektakl według tekstu Michała Buszewicza miał opowiadać o trzech ideałach kobiecości (Virginii Woolf, Brigitte Bardot, Molly Bloom) i trzech dziewczynach przygotowujących się do życiowych ról. Premiera została jednak odwołana, zespół opuścił teatr, przeniósł się do prywatnego teatru Imka Tomasza Karolaka. Powód? Teatr, który tak pragnął pochylić się nad losem współczesnych kobiet, nie mógł darować sobie jednego - wykorzystania ich nagości do promocji spektaklu. Natalii Kalicie zaproponowano, by wystąpiła na plakacie nago, zasłaniając piersi bokserskimi rękawicami. Aktorka poprosiła, by przedstawić ją w sposób mniej eksponujący ciało.

Michał Buszewicz wyjaśnia:

"Prośba została zaakceptowana, po czym odbyła się sesja, w efekcie której powstało kilkadziesiąt zdjęć w podkoszulkach. (...) Następnie zdjęcia zostały bez wiedzy aktorki przerobione komputerowo tak, że do twarzy aktorki 'doklejone' zostało czyjeś ciało, w sposób, co do którego aktorka od początku wyrażała swój sprzeciw. Nastąpiła próba szantażu, jakiej dopuścił się teatr, stawiając ultimatum 'albo ten plakat, albo żaden', co wiąże się z wymuszeniem decyzji na aktorce bądź reżyserce spektaklu. Na prośbę o spotkanie negocjacyjne kategorycznie odmówiono. Jedyną odpowiedzią na prośbę o wybranie innej, akceptowalnej wersji plakatu, było przedstawienie aktorce alternatywnej wersji, na której został jedynie zmieniony graficznie jej pępek. Sytuacja stała się dla dyrekcji podstawą do żądania od reżyserki 'usunięcia z zespołu kłopotliwej aktorki'. Zespół teatru zaprosił jego przedstawicieli na pokaz efektów pracy, nie chcąc być ocenianym jedynie na podstawie opinii o niesubordynacji zespołu, bez uzasadnień artystycznych. W odpowiedzi zespół otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia teatru i zakaz przeprowadzenia przebiegu całości".

Rzecznik Teatru na Woli Szymon Majewski odpowiada: - Nie mamy publicznie nic do powiedzenia w sprawie "Bohaterek".

To, że konflikt o prawo do obrony wizerunku nastąpił przy okazji sztuki... "o prawie do obrony wizerunku", jest symptomatyczne. A ponieważ nic tak nie uruchamia opinii publicznej jak nagość (vide: nagie pośladki Joanny Szczepkowskiej w "Persona. Ciało Simone" Krystiana Lupy) trzeba spodziewać się kolejnej serii dyskusji. Może także o sprawach mniej sensacyjnych, a bardziej przyziemnych, jak warunki pracy aktorów, struktura zatrudnienia, brak ubezpieczeń, etatów? Debaty o urażonej czci aktorki nie wiele dadzą. Zmiany prawne i strukturalne w teatrach - mogą faktycznie pomóc.
Źródło: Gazeta Wyborcza

Filmy nagrodzone w Warszawie mają szanse na Oscara

Produkcje, które zwyciężą w Konkursie Krótkometrażowym na Warszawskim Festiwalu Filmowym, będą mogły być zgłaszane do rywalizacji o Oscary.
Filmy nagrodzone w Warszawie mają szanse na Oscara 
fot. materiały prasowe
Nagroda przyznana w Polsce stanie się kryterium dopuszczenia tych filmów do walki o amerykańskie statuetki. Decyzję taką podjęła przyznająca Oscary amerykańska Akademia Filmowa. Jak podali organizatorzy WFF, pismo w tej sprawie skierował do nich Jon Bloom, szef działającego w strukturach Akademii Komitetu Wykonawczego ds. Filmów Krótkometrażowych i Animowanych Filmów Pełnometrażowych.

Zobacz galerię: DZIEŃ NA ZDJĘCIACH>>>

Warszawski Festiwal Filmowy, jedna z najważniejszych dorocznych imprez kulturalnych na mapie polskiej stolicy, cieszy się dużą renomą również za granicą. Międzynarodowa Federacja Stowarzyszeń Producentów Filmowych (FIAPF) wpisała go na listę kilkunastu najważniejszych festiwali filmowych na świecie - obok m.in. Cannes, Berlina, Wenecji i Locarno.

Ukłon w stronę Warszawy

Rangę WFF docenili także organizatorzy konkursu oscarowego. Jak wyjaśnił kurator Konkursu Krótkometrażowego WFF, Bartłomiej Pulcyn, od tej pory produkcja, która w danym roku zdobędzie w Warszawie główną nagrodę w konkursie krótkich metraży, będzie mogła następnie zostać zgłoszona na tzw. szeroką listę filmów, z której - ostatecznie - amerykańska Akademia Filmowa wybierze kilka tytułów nominowanych do złotej statuetki w danej edycji Oscarów.

Chodzi o oscarowe nominacje w kategoriach: najlepszy krótkometrażowy film aktorski oraz najlepszy krótkometrażowy film animowany. Zwycięstwo w konkursie WFF stanie się dla amerykańskiej Akademii Filmowej kryterium, na podstawie którego film zostanie wciągnięty na szeroką listę krótkich metraży z szansami na Oscara.

- Ta znakomita wiadomość z pewnością spowoduje jeszcze większe zainteresowanie Warszawskim Festiwalem Filmowym u twórców filmów krótkometrażowych na całym świecie i pozytywnie wpłynie na poziom naszego Konkursu Krótkometrażowego - ocenił w poniedziałek Bartłomiej Pulcyn. - Ufam, że będzie ona także mocną zachętą dla polskich reżyserów i producentów, by światowe premiery ich dzieł odbywały się właśnie podczas WFF - dodał.

Pierwsza edycja Oscarów, w której do walki o nominację - dzięki nowemu kryterium - przystąpić będzie mógł krótkometrażowy laureat WFF, odbędzie się w 2013 roku.
Najbliższa, 28. edycja Warszawskiego Festiwalu Filmowego odbędzie się w dniach 12-21 października 2012 roku.

sm

Recepta na dobry scenariusz? Nie ma jednej

Są reżyserzy, którzy improwizują i nie korzystają z pomocy scenarzysty, są tacy, którzy sami piszą dialogi do swoich filmów. Ważne, żeby historia była przejrzysta, wtedy jest szansa na dobry film.
Recepta na dobry scenariusz? Nie ma jednej 
Plan filmowy komedii Marka Koterskiego "Baby są jakieś inne"źr.mat.prasowe
Podobno Jerzy Skolimowski przychodząc na plan filmowy miał zapisane na pudełku papierosów kilka haseł, mówił: "To będziemy kręcić" i zdawał się na improwizację. Na ogół jednak najpierw powstaje bardzo dokładny scenariusz i to pisany wobec sprawdzonego wzorca. Na przykład ekspozycja (pierwszy akt) i zakończenie trwają zazwyczaj 10 minut. Niektóre filmy mają zaburzoną chronologię, ale nie świadczy to wcale o nowatorskim podejściu do opowiadania historii.

- Pewne dobrze zbudowane historie zostały niejako rozrzucone, tak jak klocki. Natomiast w świadomości widza one się ponownie konstruują - mówi Maciej Karpiński, twórca scenariusza "Różyczki" i autor pierwszego polskiego podręcznika pisania scenariuszy. W Polsce sytuacja jest o tyle ciekawa, że pierwszy wydział scenopisarstwa otwarto w łódzkiej szkole filmowej dopiero kilka lat temu. Nie ma wielu zawodowych scenarzystów.
/


- Źli artyści dokładają, żeby czegoś było więcej, żeby pochłonąć naszą uwagę. Natomiast ci, bardziej wyczuleni ograniczają rzecz do tego, czego są pewni - opowiada w Jedynce Marek Kondrat, który grał m.in. Adasia Miałczyńskiego, głównego bohatera Marka Koterskiego.

Koterski sam pisze dialogi do swoich filmów, niedawno mogliśmy się o tym przekonać oglądając w kinie komedię "Baby są jakieś inne". - To jest zapis niesłychanie precyzyjny, czuły, oszczędny i dlatego jest taki przejmujący - mówi o scenariuszach Koterskiego Kondrat. Współpracownicy reżysera opowiadają, że jedyne zmiany, których dokonuje w historii, dzieją się dopiero na etapie montażu. Dopiero wtedy Marek Koterski układa całą historię. Taka sytuacja wymaga od reżysera bardzo mocnej osobowości artystycznej.

Anna Stempniak, która przygotowała audycję, zapowiedziała, że w grudniu w Jedynce, porozmawia z filmowcami o tym, jak buduje się w polskich scenariuszach wiarygodnych bohaterów.

usc/fot.mat.prasowe